wtorek, 18 lipca 2017

O czym nie wie nikt

Moje kochane koleżanki, czyli Angelina Caligo i Anna Chaudière rzuciły mi wyzwanie, a że zawsze łatwo było mnie podpuścić, podniosłam rękawicę. Tym sposobem postał ten tekst.

O czym nie wie nikt, czyli 10 nieznanych w szerszych kręgach faktów związanych ściśle z moją osobą.

1. Fobie

Może na to nie wyglądam, ale panicznie boję się i brzydzę owadów. Osy, pszczoły, trzmiele i szerszenie są najgroźniejsze, bo tylko czyhają, żeby wbić we mnie żądło. Komary, muchy, a nawet biedronki to istna zaraza, a celem ich istnienia jest uprzykrzenie mi życia. To wcale nie koniec fobii, bo gdy do mojego pokoju wleci ćma, natychmiast oddalam się w jakieś bezpieczne miejsce i wołam męża na pomoc. I nie mówcie mi, proszę, że ćmy nie jedzą ludzi! Jedzą, tylko robią to ukradkiem.









2. Miłości

Oprócz niektórych ludzi miłością ogarniam też zwierzęta. Najbardziej takie puchate, które odwzajemniają się przywiązaniem. Będąc dziecięciem, hodowałam króliki. Każdy miał swoje imię, na które reagował i przychodził, podstawiając się do głaskania. Później przerzuciłam się na chomiki, z których rekordzista żył cztery lata i do tego stopnia był przywiązany do swojej pani, że zabierałam go do ogrodu, gdzie latał luzem, podczas gdy ja zajmowałam się roślinami. W pracy z kolei miałam oswojonego szczura Jonatana. Codziennie rano na odgłos moich kroków pojawiał się przed drzwiami biura i grzecznie czekał na posiłek. To był dobrze wychowany szczur i nigdy nie pchał się do biura, wiedząc, że nie byłby mile widziany przez klientów. Był też kotek noszący miano „Pręgowany wzdłuż”, przychodzący na mój taras po posiłek. Odwdzięczał się myszkami, które w tajemnicy przed nim wyrzucałam. Nie miałam serca mu powiedzieć, że nie jadam myszy, bo mi szkodzą.



3. Cmentarz pogrzebanych nadziei
Dawno temu należałam do klubu sportowego, trenując biegi narciarskie. Jak chyba każda osoba uprawiająca sport wyczynowo, miałam nadzieję, że nadejdzie chwila, gdy cały świat dowie się o moich sukcesach, niestety z powodu dolegliwości kardiologicznych kategorycznie zabroniono mi takiej eksploatacji organizmu. Dzisiaj wiem, że na wielkie osiągnięcia i tak nie miałam szans, ale wówczas nie było mi łatwo się z tym pogodzić.
Nieco później chciałam podjąć pracę w milicji i oczami wyobraźni widziałam siebie prowadzącą skomplikowane śledztwa. Nie przyjęłam z zadowoleniem lakonicznej odpowiedzi, że „na chwilę obecną nie dysponujemy stanowiskami dla kobiet” i przez jakiś czas byłam rozżalona, aż wreszcie dotarło do mnie, że absolutnie nie nadawałabym się do tak hierarchicznych struktur.
Dużo później śpiewałam w bielskim chórze „Echo”. Bardzo to lubiłam i zamierzałam śpiewać tam jeszcze długo, ale operacja tarczycy skończyła się uszkodzeniem strun głosowych. Przez następny rok prawie nie mówiłam, a o śpiewaniu w ogóle nie mogło być mowy. Wtedy to mnie załamało, ale musiałam się pogodzić z faktem, że nie zaśpiewam nawet na imprezach. Dzisiaj czasem myślę, słuchając różnych wykonawców, że właściwie szkoda, że odbierając mi głos, dobry Pan Bóg nie ulitował się i nie odebrał mi również słuchu.



4. Koszmary dnia powszedniego

Jak wiadomo, dla ludzi różne rzeczy bywają prawdziwym koszmarem. Dla mnie takim jest sprzątanie. Nienawidzę tych nudnych powtarzalnych czynności, których efekt rzadko kiedy bywa widoczny. Bo co z tego, że uszarpałam się z odkurzaczem, skoro podłoga wygląda tak jak przedtem? Co z tego, że całe przedpołudnie latałam ze ścierą, likwidując kurze na regałach? Przecież pod książkami i tak nie widać różnicy. Musiałabym zapuścić dom do tego stopnia, by przypominał melinę, wtedy efekt byłby widoczny. Tylko że ja lubię, kiedy jest posprzątane, i tym sposobem koło się zamyka.
Drugim koszmarem jest prasowanie. Jestem perfekcjonistką, więc przeszkadza mi najmniejsze nawet zagniecenie, przez co ponad godzinę robię to, co innym zajęłoby kilkanaście minut.
Mycie okien. Na samą myśl o tym dostaję dreszczy i najchętniej myłabym te okna dopiero wtedy, gdy całkowicie straciłyby przejrzystość. Zastanawiam się, dlaczego w dobie tak ogromnego postępu technicznego nikt nie wymyślił jeszcze pola siłowego stosowanego zamiast szyb.



5. Mój piękny ogród


Mój stosunek do pielęgnacji ogrodu najlepiej oddają słowa z „Warszawianki” – „Kto przeżyje, wolnym będzie”. Nie znoszę grzebania w ziemi, pamiętania o podlewaniu i nawożeniu, pilnowania terminów cięcia czy okrywania na zimę. Może dlatego większość roślin wymagających pielęgnacji po prostu zdechła. Ale czego można spodziewać się po osobie, która zdołała zasuszyć na śmierć kaktusy? Dlatego mój ogród to gąszcz krzewów i kwiatów wieloletnich, takich, co to niestraszne im mrozy czy susza. Nawet begonie przestawiłam na pustynny tryb życia. Na razie żyją.




6. Przez żołądek do serca                                                                               


Nie wszystkie codzienne zajęcia są przeze mnie nielubiane. Z pewnością nie zalicza się do nich gotowanie, gdyż tę czynność wykonuję z prawdziwą przyjemnością, a to z kolei przekłada się na wyniki. Oboje z mężem wprawdzie nie jadamy dużo, ale lubimy jeść dobrze, i mając do wyboru zjeść byle co albo nie jeść nic, wybieramy drugą opcję. Gotowania nikt mnie nie uczył. To przyszło samo, podobnie jak szycie – po prostu zawsze wiedziałam, co trzeba zrobić, by uzyskać pożądany efekt. Lubię kulinarne eksperymenty, choć często jakąś potrawę przyrządzam tylko raz, gdyż dochodzimy do wniosku, że to jednak nie nasz smak.




7. Opisz moje życie


Ciągle otrzymuję e-maile z prośbami, bym napisała historię czyjegoś życia. Zupełnie obce osoby prezentują z detalami swoje najintymniejsze przeżycia, i są zdziwione, a nieraz nawet oburzone, że odmawiam. Jak mogę rezygnować z tak świetnego tematu?! Otóż mogę i na pewno zdania nie zmienię. Mogę pisać tylko o tym, co narodziło się w mojej wyobraźni i choć być może jest to gorsze od podawanego mi jak na tacy pomysłu, ma jedną istotną zaletę, której nic nie jest w stanie przebić. Jest MOJE!



8. Śmietnik w głowie


Tak mniej więcej prezentują się efekty mojej dziwnej pamięci. Dziwnej, bo zapamiętuję rzeczy, które ani mnie, ani większości ludzi do niczego się nie przydadzą. Bo po co komu wiedza o tym, co to jest wężojad sekretarz, błękit Izabeli lub numer telefonu nieistniejącego od trzydziestu lat przedsiębiorstwa? A jednocześnie nie jestem w stanie zapamiętać, gdzie wcisnęłam kartkę na zakupy i potem miotam się po sklepie, wzbudzając zainteresowanie ochroniarzy.











9. A mój tata…

Od dzieciństwa nie znoszę ludzi, którzy uważają, że są ważniejsi, mądrzejsi, wiedzą wszystko lepiej i generalnie są ponad wszelką konkurencją.
W ogólniaku miałam taką koleżankę. Wprawdzie nigdy nie dostała ode mnie nawet plaskacza (A należało się! Oj, należało!), za to lubiłam jej udowadniać, że wcale nie jest taka „naj”. Gdy przyszłam do szkoły w uszytej własnoręcznie spódnicy, a inne dziewczyny popełniły straszną zbrodnię i pochwaliły rękodzieło, biedna zawistnica rzuciła hasłem mającym wbić mnie w glebę: „A mój tata był trzy lata w Budapeszcie! Wysłali go tam w nagrodę za wyniki w pracy!”
Powinnam pewnie paść z wrażenia jak kawka. Nie padłam. Zamiast tego przebiłam stawkę: „A mój tata siedział sześć lat w Rawiczu i Wronkach. Wsadzili go tam, bo zabił przodownika pracy.” Wyrzuty sumienia z powodu kłamstwa w drugim zdaniu były niewielką ceną za spokój aż do końca szkoły.



 10. Czarny chleb i czarna kawa


Nie lubię ciemnego chleba. W ogóle nie przepadam za pieczywem i mało go jadam (od chleba jest pylica), ale czarnego po prostu nie znoszę. Niech tam sobie będzie zdrowszy od białego. Trudno, najwyżej umrę chorsza. I chyba prawem kontrastu nie pijam białej kawy. Kawa ma być czarna, mocna, gorąca i gorzka, i najlepiej w nieograniczonych ilościach.









Do zabawy zapraszam Beatę Głąb – moją koleżankę po piórze (i nie tylko po piórze). Niech się trochę pomęczy, wymyślając własne dziesięć nieznanych powszechnie faktów. Czemu ma mieć lepiej niż ja?


czwartek, 8 czerwca 2017

Uśpione królowe w zapowiedziach Repliki

Dzisiaj w zapowiedziach wydawnictwa Replika pojawiła się zapowiedź „Uśpionych królowych”.
Pod takim właśnie tytułem ukaże się w październiku poprawione i rozszerzone wydanie mojej debiutanckiej powieści „Cień Sprzedawcy Snów”. Jak widać, okładka została dostosowana do poprzednich książek cyklu, wydanych przez Replikę. 


Przypominam kolejność kryminalnego Wiślańskiego Cyklu, która już wkrótce będzie wyglądała tak:
1) Uśpione królowe (Cień Sprzedawcy Snów)
2) Cynamonowe dziewczyny
3) Otulone ciemnością
4) roboczy tytuł: Co minutę jeden - napisana, przygotowywania do wydania, ukaże się w styczniu 2018 roku
5) roboczy tytuł: Popielata - w trakcie pisania

Przypominam także, że już w sierpniu na półkach księgarskich pojawi się druga część dwuksiągu obyczajowego „Polowanie na Pliszkę” czyli  „Światełko w tunelu”. Pierwsza część czyli „Jak kamień w wodę” miała premierę 18 kwietnia.

A co się dzieje z obyczajówką „Ostatnia róża”? Poleciała do wydawnictwa i czeka na decyzję, mam nadzieję, pozytywną.

 

sobota, 3 czerwca 2017

Wiosna z Repliką czyli „Pozorność” Natalii Nowak-Lewandowskiej

Już nic nie miało znaczenia, bo właśnie w tej chwili jej życie się skończyło. Życie i małżeństwo, które okazało się tak bardzo koszmarne, tak zakłamane, że już sama nie wiedziała, czy chociaż przez chwilę rzeczywiście było prawdziwe.

Historia dwojga młodych ludzi, którzy po krótkiej znajomości postanawiają się pobrać, rozstając się jednocześnie z wcześniejszymi partnerami. Wkrótce po ślubie Piotr zaczyna być agresywny. Kiedy dochodzi do pierwszego poronienia otwarcie obwinia Ankę o tę sytuację. Kobieta pod wpływem szoku przechodzi krótkie załamanie nerwowe, podczas którego traci kontakt z rzeczywistością.

/źródło opisu: materiały wydawnictwa/




Cicha przemoc.  Tak właśnie nazywa jedna z najobrzydliwszych form nękania. W czterech ścianach, za zamkniętymi drzwiami, za zasłoniętymi oknami codziennie w wielu domach odbywa się to, co tak prawdziwie i dosadnie opisała Natalia.
     Brak wsparcia w dalszej rodzinie, niska samoocena, skłonność do brania na siebie win wszelakich, i przede wszystkim społeczne przyzwolenie na traktowanie żony jak podnóżka i worka treningowego w jednym - to wszystko sprawia, że losy książkowej Anki nie są wcale czymś wyjątkowym. Zbyt często stają się normą. 
     Uzależnienie psychiczne, często również materialne, a nade wszystko strach przed tym, że „ludzie będą gadać” to główne przyczyny, dla których kobiety całe lata trwają w poniżeniu. Trzeba dopiero naprawdę wielkiego wstrząsu, żeby wreszcie otwarły oczy i wyzwoliły się spod władzy swojego oprawcy. A niekiedy nie pomaga nawet „wielkie bum” i wyzwolenie nigdy nie następuje.
Jak było z Anką? O tym musicie dowiedzieć się sami. 

 

czwartek, 25 maja 2017

Łąki kwitnące purpurą - Edyta Świętek

Łąki kwitnące purpurą

Cykl: Spacer Aleją Róż (tom 2)

 

Autor: Edyta Świętek

 

Wydawnictwo: Replika 

Rok wydania: 2017 


 
Druga część nowohuckiej sagi „Spacer Aleją Róż” przenosi nas w lata 1951 – 1956, okres wyjątkowo bolesny dla mojej rodziny. To właśnie te lata mój ojciec spędził w najcięższych więzieniach Polski, skazany za rzekomą zdradę ojczyzny. Z tym większym więc zainteresowaniem śledziłam akcję powieści, ciekawa, jak też autorka poradziła sobie z tematem, tak dobrze mi znanym z ust naocznych świadków tamtych zdarzeń.
     I muszę z radością przyznać, że poradziła sobie śpiewająco, prowadząc rodzinę Szymczaków przez meandry losów. Sukcesywna odbudowa Polski ze zniszczeń wojennych, gospodarka oparta na planach niemożliwych do realizacji bez zaniedbań w innych dziedzinach, eskalacja walki z kościołem w obawie o jego wpływy na społeczeństwo i wreszcie poznański czerwiec'56 czyli pierwsze wystąpienie robotników przeciwko władzy ludowej – wszystko to zostało zgrabnie wplecione w fabułę, czyniąc z tej książki niepowtarzalne dzieło.

Coraz więcej Szymczaków przybywa do Nowej Huty, bo też ich problemy, miast znikać, ciągle się mnożą i koniec końców jedynym sposobem zapobieżenia nieszczęściu jest ucieczka z rodzinnych Pawlic.
     Jak pamiętamy z „Cienia burzowych chmur” czyli pierwszego tomu sagi, za Bronkiem do Nowej Huty przybywa jego najmłodsza siostra. Ta niezwykle silna psychicznie dziewczyna jest jak młoda brzoza, co to gnie się pod nawałnicą, a potem dźwiga się jeszcze silniejsza.
     W ślad za nią przybywa Andrzej, który w Pawlicach przeżył prawdziwe piekło. Rodzina ma nadzieję, że chłopak w nowym środowisku odnajdzie swoje miejsce na ziemi, zapomni o przeszłości i znów stanie się tym, kim był dawniej – wesołym, niefrasobliwym chłopcem.
     Z nadzieją na nowe życie przyjeżdża do Nowej Huty także Leszek. Po latach spędzonych w armii, zniechęcony panującymi tam stosunkami, pragnie zacząć wszystko od nowa.
   Wkrótce dołącza do nich również Krysia, stanowiąca najsłabsze ogniwo rodziny Szymczaków. Pozbawiona większych ambicji, pragnie w zasadzie tylko jednego – wygodnego życia u boku kochającego męża.
     Tym sposobem w rodzinnym domu zostaje tylko matka i najstarsza z sióstr. Dorota jako jedyna nie pragnie nowego życia w Nowej Hucie. Ale i ona stopniowo się zmienia, wychodzi ze skorupy, w której zamknęła się w ucieczce przed okrucieństwem zewnętrznego świata.

Losy rodziny Szymczaków to pasmo nieszczęść z rzadka tylko przerywanego chwilami radości. Jest tak, jak gdyby zawisło nad nimi jakieś fatum, pilnie bacząc, by nie wiodło im się zbyt dobrze.
      I tu wielki ukłon w stronę autorki, niełatwo jest bowiem przedstawić taką historię bez popadania w melodramatyczne tony. Tu natomiast wszystko jest naturalne, rzeczywiste do tego stopnia, że przeżywa się niedole Szymczaków tak, jakby istnieli naprawdę.
    Smutek i gorycz Edyta Świętek łagodzi dowcipnymi dialogami, często okraszanymi autentycznymi dowcipami pochodzącymi z tamtych czasów.

„…papugę usłyszał ubek. Ptak i jego właściciel stanęli przed sądem, ale w dniu rozprawy papugę wymieniono na inną u księdza. W trakcie przesłuchania, mimo nalegań sądu, ptak uparcie milczał. Sędzia, by skłonić jednak papugę do mówienia, sam zaczął powtarzać: „Precz ze Stalinem”, ale bez skutku. Wreszcie zaproponował, żeby wszyscy zebrani w sali rozpraw krzyknęli: „Precz ze Stalinem”. Po tym okrzyku papuga zareagowała: „Panie, wysłuchaj naszych modlitw”.

Dzięki tym dowcipnym przerywnikom lektura staje się lżejsza, nie przygnębia i nie zniechęca mimo tragizmu i brutalności niektórych scen.

Dokładność w przedstawieniu realiów tamtych czasów świadczy o doskonałym przygotowaniu. Imponuje mi ogrom pracy, którą autorka musiała włożyć w napisanie tej powieści właśnie w ten sposób, z zachowaniem historycznych prawd.
     Nie da się też nie zauważyć wyglądającej z każdej stronicy ogromnej miłości autorki do miejsca, w którym spędziła dzieciństwo i pierwszą młodość. Saga „Spacer Aleją Róż” to hołd Edyty Świętek dla Nowej Huty i jest to hołd piękny, warty poznania. Wiele straci ten, kto nie przeczyta książek wchodzących w skład tej sagi.



Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Replika.

piątek, 19 maja 2017

Wiosna z Repliką czyli „Jak kamień w wodę. Polowanie na Pliszkę” Hanny Greń

Tylko ode mnie zależy twój los. Gdy w środku nocy usłyszysz szmer za oknami, to będę ja, i gdy w słońcu nagle pochłonie cię cień, to też będę ja. Nie uciekniesz przede mną.
Kiedy Kornelia zaczyna otrzymywać tajemnicze listy z pogróżkami, uważa to za głupi dowcip. Żyje na uboczu, nie wchodząc nikomu w drogę i nie nawiązując żadnych bliższych relacji z innymi ludźmi, kto więc mógłby życzyć jej śmierci? Jednak sytuacja staje się coraz poważniejsza, dlatego kobieta podejmuje decyzję o zgłoszeniu się na policję.
Nie jest to dla niej łatwe – jej dotychczasowe kontakty ze stróżami prawa nie należały do najprzyjemniejszych. W młodości została niesłusznie oskarżona o składanie fałszywych zeznań. Wszyscy zdawali się być wrogo nastawieni do Kornelii, ponieważ mężczyzna, którego oskarżyła wtedy o próbę gwałtu, sam był policjantem, a jego koledzy nie wierzyli, że mógł dopuścić się przestępstwa.
W wyniku zbiegu okoliczności, kobieta natrafia na posterunku na tego samego funkcjonariusza, który przed laty próbował ją zdyskredytować, aby chronić swojego przyjaciela. Mimo wrogiego nastawienia, to jednak właśnie ten mężczyzna może okazać się dla Kornelii jedyną nadzieją. 
/źródło opisu: http://www.replika.eu/index.php?k=ksi&id=634/





Tym razem zmieniłam gatunek i zamiast kryminału z wątkiem obyczajowym powstała powieść obyczajowa z wątkiem kryminalnym w tle. „Jak kamień w wodę” to pierwsza część tej opowieści, której zakończenie można będzie przeczytać w książce „Światełko w tunelu. Polowanie na Pliszkę”, której wydanie przewidziane jest na sierpień 2017.
     Miałam obawy, czy taka zmiana gatunku wyjdzie mi na dobre, czy w ogóle potrafię napisać dobrą obyczajówkę. Dzisiaj, po miesiącu od premiery, mogę tylko podziękować Wam, drodzy czytelnicy, za ciepłe przyjęcie Pliszki. Wiem już, że uwiła sobie gniazdko na wielu półkach z książkami i że w tych domach druga Pliszka jest niecierpliwie wyczekiwana. Dziękuję!

 

niedziela, 14 maja 2017

Krew i srebrne oczy - Paweł Atamańczuk

 

Krew i Srebrne Oczy #01

 

Autor: Paweł Atamańczuk

 

Wydawnictwo: Wydano nakładem autora

Rok wydania: 2016 

 

 

O książce słyszałam wiele dobrego, korciło mnie więc, żeby ją przeczytać. Długo nie było okazji, aż wreszcie na krakowskich targach poznałam Pawła Atamańczuka i dostałam od niego „Krew i srebrne oczy”. Przyznam się, że byłam gotowa odebrać mu tę książkę siłą, gdyby nie oddał jej dobrowolnie. Na szczęście obyło się bez stosowania środków przymusu bezpośredniego. Przeczytałam zdobycz natychmiast po powrocie do domu, a teraz wreszcie znalazłam czas, żeby o niej napisać.

Zacznę od uwag krytycznych, bo tych jest zdecydowanie mniej.
Po pierwsze, pewne niedociągnięcia w dziedzinie redakcji i korekty, co w pierwszej chwili trochę mnie raziło. Lecz po jakimś czasie, wciągnięta w wir zdarzeń, przestałam zwracać uwagę na ten drobny minus.
    Po drugie, wrażenie, że nie wszystko zostało opowiedziane. Trochę za mało „wnętrza” bohaterów – ich przemyśleń, emocji – czyli tego wszystkiego, co powodowało, że postępowali tak, a nie inaczej, że wybrali taką właśnie drogę. Bez miotających nimi wątpliwości, bez zwątpienia czy zwykłego ludzkiego strachu, chwilami stawali się za mało realni, za mało uczłowieczeni.
    Po trzecie, mimo przedstawionych wyżej wad, książka jest świetna i do tego stopnia pochłania czytelnika, że zapomniałam o gotowanym makaronie. Ale konieczność zjedzenie rosołu z makaronową papką to niewielka cena za możliwość przeżywania wraz z Ce’Seline Di Votte z Kalivali tych wszystkich przygód.

Srebrnooka Tancerka Ostrzy zabrała mnie w swój świat i z radością przyznaję, że świat ten został wykreowany wręcz genialnie, a dodatkowym atutem jest sporządzona przez autora mapka, dzięki której w każdej chwili można sprawdzić, dokąd się zawędrowało.
    Gwarantuję, że w tej podróży nie zaznacie ani odrobiny nudy. Wartka akcja z niespodziewanymi zwrotami zapewnia czytelnikowi szeroką gamę emocji, od rozbawienia poprzez obawę aż do złości. I ta niecierpliwość, by jak najszybciej móc się dowiedzieć, co będzie dalej! To rzadki dar, taka umiejętność całkowitego zawładnięcia uwagą odbiorcy. Autorze, chylę czoła!
    Wielkim atutem są także bohaterowie. Wyraziści, z wyeksponowanymi cechami pozwalającymi na dostrzeżenie w każdym z nich odrębnej jednostki, są czymś więcej niż tylko książkowymi postaciami. Po kilku stronach stają się bliskimi znajomymi.
    Jak ta ocena ma się do przedstawionej wcześniej listy wad? Czy to nie sprzeczność? Absolutnie nie! Po prostu autor stworzył niebanalnych bohaterów, których tylko niekiedy przydałoby się odrobinę ubogacić o przeżywane rozterki, o odczuwaną niepewność czy radość. Ale i bez tego jest dobrze. Powiedziałabym nawet, że bardzo dobrze!

Książka została przyozdobiona rysunkami autora i ten zabieg także zapisuję na plus, dzięki niemu bowiem staje się jeszcze bliższa, bardziej swojska. Spoglądając na te szkice miałam wrażenie, że siedzę z Pawłem w pubie i popijając piwo, przysłuchuję się jego opowieści.

Podobno autor ma jeszcze w planach dwie części. Chciałabym, żeby pojawiły się jak najszybciej, bo ciężko było mi rozstać się zw srebrnooką Seline i światem, który przez kilka godzin uznałam za swój.
Paweł, moje wielkie gratulacje. Zyskałeś kolejną fankę swojej twórczości.



Za książkę gorąco dziękuję Autorowi.
  

wtorek, 9 maja 2017

Wiosna z Repliką czyli „Chwila na miłość” Joanny Stovrag

Poruszająca najczulsze struny duszy bałkańska opowieść napisana sercem zakochanej kobiety
Czy chwila wystarczy, aby narodziła się miłość, która nie zna granic?
Porywająca historia niezwykłej miłości pomiędzy Polką i Bośniakiem, która została wystawiona na najtrudniejszą próbę. Narodziła się w wielokulturowym Sarajewie, mieście tolerancji, dialogu i otwartości, tętniącym orientalną muzyką i pachnącym aromatem mocnej kawy.
To wyjątkowo wzruszająca, przepełniona emocjami opowieść o miłości, rozłące, nadziei i wojnie. Tragizm konfliktu na Bałkanach został przedstawiony z perspektywy osób, które brały bezpośredni udział w tych wydarzeniach, ludzi, którzy stracili swoje rodziny, domy, poczucie tożsamości narodowej i przynależności do ojczyzny. Jest to także świadectwo walki o wielkie uczucie, historia o próbach nawiązania kontaktu z ukochanym przebywającym w oblężonym Sarajewie oraz o bezinteresownej pomocy i wsparciu od nieraz całkiem obcych osób.
Losy Joanny Stovrag i jej męża zainteresowały kiedyś Waldemara Milewicza − legendę polskiego dziennikarstwa − który nakręcił o nich film.

Jest to nowa, rozszerzona wersja książki " Jeszcze żyję...", wzbogacona o większą liczbę zdjęć. Wydawnictwo Replika przy wydaniu obszerniejszej bałkańskiej opowieści o miłości nadało książce nowy tytuł "CHWILA NA MIŁOŚĆ".
Książka "Jeszcze żyję..." jest dostępna w bibliotekach na terenie całej Polski. 
 /źródło opisu: materiały wydawnictwa/



„Chwila na miłość” to historia prawdziwej miłości prawdziwych ludzi, rozwijającej się na przekór przeciwnościom losu tak wielkim, że aż trudnym do wyobrażenia. 
    Przy czym właśnie teraz, gdy w Polsce nacjonalizm coraz wyżej podnosi głowę, obracając ją jednocześnie w stronę faszyzmu, gdy nietolerancja zaczyna być chlubą,  książka jest także przestrogą. Pokazuje, do czego może doprowadzić dawanie przyzwolenia na nienawiść i okrucieństwo w imię rzekomej obrony wartości.
   Prawdziwe wartości nie potrzebują takiej obrony. Obrona poprzez przemoc i zło czyni im wyłącznie krzywdę, tak jak ludziom, którzy je respektują. Prawdziwe wart ości bronią się same właśnie dlatego, że są tym, czym są.
   Historia Joanny i Seja właśnie to udowadnia.

 

sobota, 6 maja 2017

Już nie uciekam - Anna Sakowicz


Już nie uciekam

Trylogia kociewska (tom 3)

 

Autor: Anna Sakowicz 

 

Wydawnictwo: Szara Godzina

 

Rok wydania: 2017 

 

Już nie uciekam” jest trzecią i zarazem ostatnią częścią kociewskiej trylogii (nad czym bardzo ubolewam).

Cykl zapoczątkowała „Złodziejka marzeń”, gdzie poznajemy Joannę – wypaloną zawodowo nauczycielkę, która na czas urlopu zdrowotnego postanawia przenieść się wraz z nastoletnią córką na Kociewie. A nawet nie tyle postanawia, co zostaje w tę przeprowadzkę wmanewrowana przez własną matkę.
     Od pierwszych stron ta czterdziestoletnia, samotnie wychowująca dziecko kobieta kupiła sobie moją sympatię właśnie dlatego, że autorka nie obdarzyła jej cechami „wonder woman”. Joanna jest kobietą zupełnie zwyczajną, przeżywającą jak każda z nas wzloty i upadki. Robi głupstwa, by za moment podejmować mądre decyzje. Popełnia błędy, ale z tych błędów umie wyciągnąć naukę na przyszłość. Pełna empatii i zawsze skora do pomocy, potrafi niekiedy zachowywać się kompletnie irracjonalnie. Po prostu jest prawdziwa.

W drugiej części moja sympatia do Joanny jeszcze wzrosła, bohaterka bowiem za swoje hasło przewodnie wzięła kociewskie powiedzenie „to się da”. Tym „kupiła” mnie do reszty, gdyż nikt mnie tak nie irytuje jak ludzie, którzy z góry zakładają niemożność osiągnięcia sukcesu i wolą zaniechać wszelkich działań. 
     Na stronach „To się da” Anna Sakowicz udowadnia, że można osiągnąć naprawdę wiele, jeśli tylko się tego chce. A jeśli z jakichś względów jednak się nie uda, świadomość, że zrobiło się naprawdę wszystko, co było można, pozwala przyjąć porażkę bez samooskarżania i wyrzutów sumienia.
     To właśnie w tej książce autorka umieściła zdanie, które wyjątkowo zapadło mi w pamięć:

I nie ma złudnej czy niezłudnej nadziei. Nadzieja zawsze jest tylko jedna. Daje lekki podmuch wiatru, a wtedy można stawiać żagle.”

W „Już nie uciekam” Joanna dokonuje w swoim życiu całkowitego przewrotu. Podjąwszy decyzję o zamieszkaniu na stałe na Kociewie, rezygnuje z powrotu do pracy w szkole i otwiera kawiarnię. Wpływ na to postanowienie niewątpliwie ma Artur, przystojny chirurg, który pragnie związać się z nią na stałe.
   Zdziwi się jednak ten, kto sądzi, że wszystko jest już oczywiste, zmierzające do przewidywalnego, klasycznego wręcz zakończenia. O nie! Ania Sakowicz zgotowała czytelnikowi niejedną niespodziankę, zaskakując nagłymi zwrotami akcji.

Anna Sakowicz jest absolwentką filologii polskiej, filozofii oraz edukacji filozoficznej na Uniwersytecie Szczecińskim. Zadebiutowała w roku 2014 zbiorem humoresek zebranych w książce „Żółta tabletka” i jeszcze w tym samym roku ukazała się „Złodziejka marzeń”. W 2015 roku w ręce czytelników zostały oddane „Szepty dzieciństwa”, a rok później „To się da” oraz „Niedomówienia”.
Już nie uciekam” jest szóstą i moim zdaniem najlepszą książką Ani. Już wcześniej polubiłam bohaterki trylogii kociewskiej – chwilami przebojową, innym zaś razem niepewną siebie Joannę, i jej nad wiek dojrzałą córkę Lusię. Ale muszę przyznać, że to nie one, lecz ciocia Zosia nieodwołalnie skradła moje serce. Tak bardzo przypomina mi moją cudowną, nieodżałowaną babcię, że nie mogłam jej nie pokochać.

Ania pięknie wykreowała swoich bohaterów, dając im cechy czyniące z nich prawdziwych ludzi ze zwykłymi ludzkimi słabościami. Takich, których można spotkać w każdej miejscowości, a być może nawet w bliskim sąsiedztwie.
      Dobrze wykreowane postacie to jednak jeszcze nie wszystko. Gdy w książce zabraknie emocji, a fabuła nie wzbudza zainteresowania, nie pomoże najciekawszy nawet bohater.
     Ale bez obaw, prozie Ani Sakowicz na pewno nie można tego zarzucić. Wręcz przeciwnie! Tu mamy wszystko co niezbędne, by książka nie tylko zaciekawiła, ale i na długo zatrzymała czytelnika w świecie zawartym w jej kartkach. Rozbawienie i głośny śmiech, cicha zaduma, gniew i łzy – oto co Was czeka, jeśli zagłębicie się w tę historię.
    A jeśli dodamy do tego pełny subtelnego humoru, ubogacony kociewską gwarą język, to przestaje dziwić, że nie sposób oderwać się od lektury.

Dziękuję, Aniu, za upiększenie mojego życia słowami zawartymi w Twoich książkach.



czwartek, 27 kwietnia 2017

Wiosna z Repliką czyli „Obudź się Karolino” Aliny Białowąs

Dwudziestopięcioletnia Karolina Wysocka ogląda na komputerze film z własnego ślubu, co wywołuje niekontrolowany powrót do przeszłości, do wspomnień poprzedzających założenie ślubnych obrączek. Bohaterka, poznała swojego przyszłego męża – Filipa, w miejscu swojej pracy – w bibliotece. Ułożony, miły i kulturalny chłopak, wraz z upływem czasu pokazał jej swoją prawdziwą twarz despoty, któremu wychowanie przez rodziców wpoiło jedno – bezwzględne posłuszeństwo kobiety. Karolina uwikłana w toksyczny związek, musi doznać wstrząsu, by obudzić się z własnej niemocy i ślepoty.
Alina Białowąs w swojej najnowszej powieści, po raz kolejny zdołała udowodnić, że jest naprawdę uważną obserwatorką życia. Tworzone przez nią bohaterki to postacie bardzo realistyczne, którym nie brakuje zarówno zalet, jak i wad. 
 /źródło opisu: http://www.replika.eu/index.php?k=ksi&id=625/





Tytułowa Karolina jest dobitnym przykładem na to, jak często mylimy się w swoich uczuciach. Chociaż pozornie otoczona ludźmi, w gruncie rzeczy Karolina jest bardzo samotną dziewczyną, rozpaczliwie tęskniącą za miłością, której tak naprawdę nigdy nie zaznała. Chęć bycia kochaną przesłania jej oczywistą prawdę o Filipie, a nawet gdy powoli tę prawdę poznaje, po prostu ignoruję ją  w obawie przed utratą tak długo wyczekiwanej miłości. 
    Alina Białowąs z godną psychologa przenikliwością, niemal brutalnie obnażyła głęboko ukrytą przed światem słabość wielu kobiet, gotowych posunąć się do rezygnacji z prawa do posiadania własnego zdania, gustu, a nawet wolności, byle tylko zatrzymać przy sobie ukochanego mężczyznę.
   Autorka precyzyjnie „wypunktowała” wszystkie wady takiego związku, udowadniając, że trwanie w nim jest jak powolne samobójstwo, gdyż z każdą chwilą traci się kawałek siebie.



Z  niecierpliwością sięgnęłam po książkę będącą kontynuacją losów Karoliny, dręczyła mnie bowiem ciekawość, jak też bohaterka poradziła sobie w dalszym życiu.
„Zaufaj mi Karolino” Aliny Białowąs - już wkrótce pojawi się moja opinia o tej książce.

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Na jej rozkazy - A. M. Chaudière, A. Caligo

 

Na jej rozkazy

Cykl: Trylogia Różana (tom 1)

 

Autor: A. M. Chaudière, A. Caligo

 

Wydawnictwo: Czarna Kawa

Rok wydania: 2016 

 

 

Jeśli powieść „50 twarzy Greya” wzbudziła emocje i zachwyt milionów czytelników, to ta pozycja ma co najmniej taką samą szansę. Zamieńmy jednak pana Greya na panią Lewis, a Anastasię na wielowymiarową Fanny, wyostrzmy kolory, zwiększmy głębię, dodajmy więcej bólu i okrucieństwa, więcej emocji i zmysłowości. Dopuśćmy do głosu obydwie bohaterki, wniknijmy mocno i z bliska w ich doświadczenia i światy, a otrzymamy fascynującą opowieść o mrocznym świecie sadomasochistycznych związków lesbijskich i biznesu. 

 

Tak reklamuje tę książkę okładkowy blurb i teoretycznie wszystko się zgadza. Mamy dwie zafascynowane sobą kobiety, z których jedna dysponuje sporym majątkiem i zajmuje wysoką pozycję w społeczeństwie, druga natomiast jest zwyczajną dziewczyną, wykonującą pracę na czarno, borykającą się z ciągłym brakiem pieniędzy i mającą nikłe szanse na zrealizowanie swoich marzeń.
     Co zatem różni te dwie książki? Narażę sie pewnie licznym fankom Greya, gdy napiszę, że „Na jej rozkazy” tak ma się do „50 twarzy Greya” jak „Dziwne losy Jane Eyre” do „Trędowatej” – niby podobny gatunek, a jakże różna jakość.
     W zasadzie niczego innego nie oczekiwałam. Wprawdzie nie czytałam „Niewolnicy”, która wyszła spod pióra Anny, ale czytałam wiele jej postów zamieszczanych na prowadzonym wspólnie z Angeliną blogu, styl Angeli jest mi zaś znany nie tylko z bloga, lecz także z publikowanych w „Drabble na niedzielę” krótkich form. Wiedziałam więc, że warsztatowo niewiele będzie można ich książce zarzucić. 
 
Nie miałam natomiast pewności co do fabuły, erotyk bowiem nie jest moim ulubionym gatunkiem literackim, i to wcale nie dlatego, że uważam pisanie o seksie za niewskazane czy gorszące. Po prostu najczęściej przy czytaniu opisów aktów seksualnych czuję albo rozbawienie, albo niesmak. Bierze się to stąd, że nasz język jest wyjątkowo ubogi w słownictwo, którym dałoby się opisać takie sceny bez popadania w wulgarność lub medyczny żargon.
    Anna i Angela zdały ten trudny egzamin śpiewająco. Sceny erotyczne w ich wykonaniu, mimo że śmiałe i niepozostawiające zbyt wiele dla wyobraźni, nie rażą i nie śmieszą. Są przedstawione tak naturalnie jak opisy wspólnego picia kawy, a to jest coś, co dotychczas udało się niewielu autorom, i nie ma tu znaczenia, że pisały o seksie lesbijskim.
     Fabuła książki, mimo że powielająca schemat „on bogaty i wszechwładny, ona biedna i niewiele znacząca w świecie”, podana został w taki sposób, że trudno oderwać się od lektury, a zastosowanie podwójnej narracji dodatkowo podniosło atrakcyjność powieści. Możliwość poznania przebiegu zdarzeń poprzez dwa różne spojrzenia pozwala na wgląd w psychikę obu bohaterek. I tutaj znalazłam coś, co upodabnia je do siebie dużo bardziej niż seksualne preferencje. To samotność. Samotność tak głęboka, że aż przerażająca!
    A gdy wreszcie odnajdują siebie, jedna jest zbyt przerażona rodzącym się uczuciem, by potrafić mu się poddać, wycofuje się więc na „z góry upatrzone pozycje”. Ale drugiej przestaje już to wystarczać.

Na jej rozkazy” jest jedną z najsmutniejszych książek, jakie przeczytałam, mimo że nie ma tutaj żadnych przepełnionych tragizmem scen, a jedynie zwyczajne życie nieumiejących się odnaleźć kobiet. I to właśnie sprawia, że jest tak prawdziwa.

czwartek, 13 kwietnia 2017

Wiosna z Repliką czyli „Wszystkie kształty uczuć” Edyty Świętek

Klaudia, młoda nauczycielka, rozpoczyna pracę w szkole w podkrakowskiej wsi. Kobieta skrywa wiele bolesnych tajemnic z dzieciństwa. Już pierwszego dnia wzbudza zainteresowanie w nieśmiałym Dawidzie. Pomiędzy młodymi zaczyna kiełkować serdeczna przyjaźń. Czy ma ona szansę, by przerodzić się w coś głębszego? 
 /źródło opisu: http://www.replika.eu/


Chociaż z biegiem lat sceny z przeszłości zacierają się w pamięci, na zawsze pozostaje w niej to, co najbardziej bolało. Przeżywana w dzieciństwie i młodości trauma nie pozwala Klaudii cieszyć się życiem. Spragniona miłości dziewczyna myśli, że natrafiła na prawdziwe uczucie i dokonuje złego wyboru, odrzucając to, co ważne.
Słodko-gorzka opowieść o tym, jak łatwo nieraz wszystko samemu zepsuć i jak trudno później to naprawić. A czasami nie ma już czego naprawiać.

 

niedziela, 9 kwietnia 2017

Posrany zajączek - Hanna Greń

Tradycja w mojej rodzinie jest ważna, dlatego uroczyście obchodzimy święta, tak Bożego Narodzenia, jak Wielkanocne. Nie ma to nic wspólnego z żadną religią, lecz właśnie z poszanowaniem tradycji.
   Tamtej wiosny również tak miało być. Kończąc przygotowywanie obiadu, z satysfakcją przyglądałam się pięknie nakrytemu stołowi, gdzie na honorowym miejscu stał stroik zwany uniwersalnym. Nasi znajomi doskonale wiedzą, o jakim stroiku mowa. Zielona podstawa, przymocowane do niej zielone gałązki, wśród nich wesołe zające z marchewkami w łapkach, to wersja wielkanocna. Na Boże Narodzenie zające otrzymują nakrycia głowy w kształcie czapki Mikołaja, na marchewki zostają nałożone pudełka imitujące prezenty, na zielonych gałązkach wiszą bombki, a całość wieńczy gwiazda betlejemska.
     Właśnie kończyłam doprawiać sos, gdy zadzwonił telefon. Nie mój, więc nie poświęciłam temu zdarzeniu większej uwagi. Do chwili, gdy do kuchni wszedł mąż i ujrzałam jego niezbyt uszczęśliwioną minę.
       – Muszę jechać do pracy – oznajmił przepraszającym tonem. – Działania.
    Ostatnie wyjaśnienie było całkowicie zbędne. Wiedziałam, że nie jedzie tam, żeby złożyć kolegom świąteczne życzenia czy zagrać w tysiąca.
    Spokojnie zamieszałam w garnku, myśląc jednocześnie, że znowu nici ze spokojnego, rodzinnego popołudnia. Trudno, taka karma.
       – O której musisz wyjść? – spytałam, zastanawiając się, czy zdążymy wypić poobiednią kawę.
       – Już.
     Powiedział i zniknął. Dosłownie. Odwróciłam wzrok od garów, a jego już nie było, doszedł mnie tylko szelest wkładanej kurtki, a potem szczęk otwieranych i zamykanych drzwi.
      – To tyle, jeśli chodzi o świąteczny obiad – mruknęłam i wyłączyłam gaz pod sosem.
    Obiad od zawsze był naszym jedynym wspólnie spożywanym posiłkiem. Przyzwyczaiłam się i już. Tracę apetyt na samą myśl, że miałabym jeść go sama. Toteż zamiast konkretnego pożywienia, władowałam na talerz jabłko, kilka rzodkiewek i kawałek kiełbasy lipnickiej, zaparzyłam wielki kubas kawy i powędrowałam z tym wszystkim na piętro, do mojego królestwa. Resztę dnia spędziłam w towarzystwie inspektora Barnaby i przyznaję, że niemałą satysfakcję sprawiła mi scena, w której musiał nagle zająć się śledztwem, pozostawiając zirytowaną żonę nad suto zastawionym stołem. Czemu miałby mieć lepiej niż polscy policjanci?

W tym dniu i w następnym jedynym dowodem na to, że mąż nie odleciał na jakąś inną planetę, lecz dalej stąpa po naszej ziemi, były dwa puste SMS-y. To taki nasz umówiony znak, oznaczający „żyję, ale nie mogę się kontaktować, więc nie dzwoń i nie pisz”. Tylko tyle i aż tyle. Przed erą telefonii komórkowej nie miałam nawet tego, mogłam jedynie w kółko zaklinać los.
    Nigdy nie robiliśmy sobie prezentów na „zajączka” i teraz pomyślałam, że to bardzo dobrze. Byłby to wyjątkowo posrany zajączek!

Mąż pojawił się w poniedziałek po dwudziestej drugiej. Zmęczony, nieogolony, w pogniecionym, noszonym dwa dni ubraniu.
      – Idę do wanny – oznajmił już w przedpokoju. – Zrobisz mi jakąś kanapkę?
    Musiał być naprawdę wykończony, skoro o to poprosił, zawsze bowiem robi to własnoręcznie. Przygotowałam kanapki, jak zwykle przesadziwszy z ilością. Jakoś tak mam, że zawsze robi mi się za dużo jedzenia. Powinnam chyba otworzyć jakiś bar.
    Z ustami pełnymi kanapki mąż wyartykułował kompletnie niezrozumiałe zdanie, z którego dotarło do mnie tylko jedno słowo. Kawy! Czemu nie? Włączyłam ekspres, nie przejmując się późną porą. Oboje jesteśmy chodzącymi dowodami na nieprawdziwość twierdzenia, że kawa wywołuje bezsenność, potrafimy bowiem całkiem spokojnie zasnąć w trakcie picia piątej czy szóstej, niezależnie od pory dnia.
      – Co takiego się zdarzyło? – spytałam, gdy już siedzieliśmy w salonie, popijając aromatyczny płyn. – Naśladowca Kuby Rozpruwacza czy może Rzeźnik znowu uciekł z Wadowic?
      – Rzeźnik już nie siedzi w Wadowicach, a zabójstwa to nie nasza bajka. Pieprzona fabryka amfetaminy się zdarzyła. Jakby nie mogli tego odkryć po świętach! Ale za to znalazłem coś koło domu. – Wstał i poszedł do przedpokoju, skąd dobiegł szelest papieru. Po chwili mąż wrócił, trzymając ręce za plecami. – Wyobraź sobie, że pod wiatą zając zrobił sobie gniazdo i leżał tam prezent dla ciebie.
    Podał mi spory pakunek. Wzięłam go, nie patrząc, spoglądałam bowiem na męża, nie wiedząc, co powiedzieć. W końcu wydukałam:
       – Skąd wiesz, że to dla mnie?
       – Bo jest podpisany.
     Dopiero teraz spojrzałam na paczkę. Rzeczywiście widniał na niej napis. „Dla najlepszej żony na świecie”.
     Przełknęłam ślinę, bo nagle coś zaczęło dławić mnie w gardle.
   Mąż nie ma zwyczaju szafować wyznaniami czy czułymi słówkami. Ale czy są one naprawdę niezbędne? Ja nigdy ich nie potrzebowałam, by wiedzieć to, co chciałam wiedzieć, a ten prezent wystarczył mi za tysiąc wyznań. I nie miało najmniejszego znaczenia, co zawiera.
     Te święta jednak nie były takie złe, a zajączek wcale nie był posrany!

sobota, 8 kwietnia 2017

Nakarm mnie - Julita Strzebecka


Nakarm mnie

 

Autor: Julita Strzebecka

 

Wydawnictwo: Replika 



Rok wydania: 2017



 
 
 

Bohaterka powieści Julity Strzebeckiej „Nakarm mnie” nie jest osobą łatwą we współżyciu. Po rozwodzie, pragnąc podbudować poczucie swojej wartości i jednocześnie zemścić się za tę porażkę, znajduje dwa sposoby, które wkrótce całkowicie opanują jej życie.
Pierwszym jest wykorzystywanie swojej pozycji dyrektora finansowego do poniżania podwładnych. Nic tak nie poprawia Joannie humoru jak udowadnianianie zależnym od niej osobom, że znaczą mniej niż pyłek na czubku buta.

Rekomendacje do zwolnienia pochodziły głównie od niej. Czuła się dzięki temu jak namiastka Boga, który daje i odbiera bez względu na uczynione dobro.”

No, może prawie nic, Joanna stosuje bowiem jeszcze jeden sposób na poprawę humoru i podniesienie własnego ego. Tym drugim sposobem jest jedzenie, a właściwie niepohamowane pochłanianie pożywienia. I choć kobieta doskonale wie, że niekontrolowanym obżarstwem krzywdzi samą siebie, a organizm co rusz daje wyraźne znaki, że niedługo może być za późno na zapobieżenie skutkom tej „diety”, Joanna w gruncie rzeczy nie czuje potrzeby, by zmieniać coś w swoim życiu.

Ale choć Joanna wiedziała, że tylko utrata kilogramów przyczyni się do rozwiązania większości jej problemów, i myślała o odchudzaniu w teorii, w praktyce nie zamierzała wprowadzać żadnych zmian.”

Tak jest do chwili, gdy nie może już dłużej lekceważyć fatalnego samopoczucia i powtarzających się omdleń. Joanna podejmuje decyzję o wyjeździe do kliniki odchudzającej, nie wiedząc nawet, że tym postanowieniem złączyła swój los z losem Wiktora.
      Wiktor prowadzi podwójne życie. W godzinach pracy jest lekarzem bariatrą, szanowanym przez kolegów po fachu i uwielbianym przez pacjentów, którym pomaga walczyć z otyłością. Prywatnie natomiast przegląda strony internetowe dla feedersów, marząc tylko o jednym.

Pacjenci mu zazdrościli, pacjentki go uwielbiały, pielęgniarki do niego wzdychały, koledzy lekarze liczyli się z jego diagnozami i prosili o porady, a on piekł kilka pieczeni przy jednym ogniu – szykował gniazdko dla gromadki o dziwnych upodobaniach, zdobywał szacunek w nowym miejscu, rozglądał się za idealnym materiałem na wypasaną.”

Gdy pewnego dnia los zsyła w jego ręce czerwonowłosą grubaskę, Wiktor stawia wszystko na jedną kartę, żeby tylko ją zdobyć, zainstalować Joannę w zbudowanym do tego celu gniazdku i karmić, karmić, karmić…



Nakarm mnie” jest trudną książką. Niejednego czytelnika mogą odrzucić brutalnie realistyczne opisy zachowań tak feedersów, jak wypasanych przez nich kobiet. Niejeden pewnie zakrzyknie z oburzeniem, że to nie może być prawda, że to wymysł jakiegoś chorego umysłu. Ale najbardziej przerażające są nie te opisy, lecz fakt, że jednak TO JEST PRAWDA!

Głęboki ukłon w stronę Julity Strzebeckiej, która zdecydowała się podjąć ten trudny, mało znany temat. Poradziła sobie z nim śpiewająco, bez ani jednej fałszywej nuty.
     Dawno nie zdarzyło mi się czytać tak doskonałej debiutanckiej książki. Fabuła została podana umiejętnie, do tego stopnia zachęcająco, że nawet budzące obrzydzenie opisy nie zniechęcają do czytania. Wręcz przeciwnie, wzbudzają zaciekawienie, każąc się zastanawiać, jak potocza się losy bohaterów.
    Bohaterowie tej książki to zupełnie inne zagadnienie. Zostali skonstruowani w taki sposób, że właściwie wszyscy co do jednego są antybohaterami. Żadnego nie da się polubić, do wszystkich czułam jednakową niechęć. Co dziwne, większą do wypasanych kobiet niż do karmicieli. Chyba dlatego, że ich chorobliwe obżarstwo, skutkujące przyjęciem roli „wypasanej”, wynikało z chęci ucieczki od problemów. Zamiast stawić życiu czoła, one wolały oddać się w ręce opiekunów i mieć wszelkie kłopoty „z głowy”, a nic tak nie drażni mnie w ludziach jak udawanie, że problemy nie istnieją.

Nakarm mnie” jest bardzo dobrze napisaną książką również pod względem warsztatowym. Styl Julity Strzebeckiej, konstrukcja powieści, język – wszystko to świadczy, że w świecie polskiej literatury pojawiła się autorka, która jeszcze niejednym nas zaskoczy.

Za egzemplarz książki dziękuję autorce.