wtorek, 17 kwietnia 2018

Dziewczyna ze sklepu z kapeluszami - Dorota Gąsiorowska


 

Dziewczyna ze sklepu z kapeluszami

 

Autor: Dorota Gąsiorowska

Wydawnictwo: Znak Literanova

Rok wydania: 2018 


 
Najnowsza książka Doroty Gąsiorowskiej zaintrygowała mnie od pierwszych stron. Nic w tym dziwnego, skoro już w króciutkim prologu natknęłam się na taki fragment:

Otworzyła zaciśniętą dłoń i spojrzała na niewielki połyskliwy przedmiot. Uśmiechnęła się smutno, po czym wepchnęła go do kieszeni krótkiej plisowanej spódniczki. „Wrócę tu, wrócę do ciebie na pewno!”, krzyczała w myślach, żeby nie usłyszała jej siedząca obok kobieta. W tym samym czasie spadły pierwsze krople deszczu, które w ciągu paru chwil zmieniły się w rzęsistą ulewę. Dziewczynka dotknęła oczu, ścierając z nich ostatnie łzy. Od tamtej pory nie umiała już płakać…

Osoba, która podobnie jak ja nie potrafi płakać, musiała wzbudzić moje zainteresowanie, i to tak wielkie, że odłożyłam zaczętą książkę, by zagłębić się w historię wykreowaną przez Dorotę. I przepadłam.

Dziewczyna ze sklepu z kapeluszami” jest jak słynna rosyjska matrioszka czy chińskie pudełko – zagadka w zagadce, a w niej kolejna zagadka. Razem z bohaterami zaglądamy do tego pudełeczka i poznajemy ukrytą tam tajemnicę, po czym przekonujemy się, że to dopiero wierzchołek góry lodowej, że pod osłoną tego sekretu kryje się następny. Autorka doskonale stopniuje napięcie, pozwalając czytelnikowi tylko na krótkie chwile oddechu, by po tym małym odpoczynku od emocji uderzyć ze zdwojoną siłą.

Słowa, które Kamelia przeczytała, wprawiły ją w takie osłupienie, że kartka wypadła jej z ręki. Kucnęła i natychmiast po nią sięgnęła. Te słowa brzmiały jak spowiedź, która nigdy nie miała miejsca.

Dorota Gąsiorowska ma specyficzny styl, kojarzący mi się z delikatnymi rycinami, przedstawiającymi ukwieconą łąkę w chwili, gdy pierwsze promienie słońca dotykają pokrytych rosą płatków, zamieniając krople wilgoci w migoczące diamenty.
Taka też jest jej bohaterka – subtelna, nieco nieśmiała, chwilami wręcz wycofana, podatna na zranienia. Jednocześnie potrafi być uparta, dążąc do celu bez zważania na przeszkody. Jest także bezgranicznie lojalna wobec przyjaciółki i mimo wielokrotnego odrzucenia nie zamierza się od niej odwrócić, czując, że dziewczyna rozpaczliwie potrzebuje pomocy.

Miała nadzieję, że teraz między nimi będzie tak jak dawniej. Brakowało jej Magdy. Pragnęła, żeby przyjaciółka znów zajęła należne miejsce w jej życiu. Straciły dużo czasu, z ich kalendarza wypadło wiele wspólnych dni, kiedy każda próbowała rozwiązać własne problemy. A przecież byłoby im łatwiej, gdyby połączyły siły i obdarzając się stuprocentowym zaufaniem, razem zawalczyły o własne sprawy.
 
Uważam postać Kamelii za najlepiej wykreowaną w całym dorobku pisarskim autorki. Jej cechy zostały doskonale wyważone, przez co nie postrzegamy jej jako jednoznacznej i oczywistej, oczywiste jest natomiast, że może w każdej chwili nas zaskoczyć. Nie jest przewidywalna, a to wielki atut każdej powieści.

Dorota pięknie operuje słowem, sprawiając, że długie opisy nie nużą, lecz wręcz przeciwnie, pozwalają delektować się treścią. Są napisane tak plastycznie, że każdy nich zda się być małym obrazem, a połączone w całość jawią się jak film oglądany w wyobraźni.
      Jako odrobinę słabsze odebrałam dialogi, które chwilami wydawały mi się nazbyt stonowane, zbyt mało ekspresyjne. Ale wziąwszy pod uwagę, że jest to w zasadzie jedyny zarzut, jaki mogę postawić tej książce, ogólna ocena i tak wychodzi bardzo, bardzo wysoka. Tak wysoka, że uważam, iż ta książka powinna stać się lekturą niemal obowiązkową.




Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Znak Literanova.



 

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Chodzi lisek koło drogi

Zaczęłam pisać drugi tom dziecięcych wyliczanek. „Chodzi lisek koło drogi" to kolejna zagadka kryminalna, z którą musi się zmierzyć „Naki” czyli aspirant Konstanty Nakański.

Przecież ona wygląda jak mama! Ma takie same złocistoblond włosy, zgrabną sylwetkę i nawet jej uśmiech przypomina uśmiech mamy. Czyżby należała do rodziny? Może do niej podejść i zapytać?
    Za późno. Dziewczyna odwróciła się na pięcie i weszła na ścieżkę między blokami, a obserwujący ją człowiek przez chwilę stał nieruchomo, nie mogąc się zdecydować. Wreszcie dokonał wyboru i szybko ruszył jej śladem. Oddaliła się już znacznie, musiał więc podbiec, żeby ją dogonić.
     Odwróciła się na odgłos kroków i krzyknęła, widząc zbliżającą się, czarno odzianą postać, zaraz jednak roześmiała się sztucznie przyjaznym śmiechem profesjonalistki.
     – Tak cię przypiliło, słoneczko? To słodkie.
   Człowiek w czarnej niekształtnej bluzie nie odpowiedział od razu. Oddychał głośno, spazmatycznie, czy to ze wzruszenia, czy z powodu niedawnego biegu i odezwał się, dopiero gdy dziewczyna zaczęła wykazywać oznaki zniecierpliwienia.
    – Jesteś moją krewną? Przypominasz za wyglądu moją mamę…
   – Kurwa, trzymajcie mnie, bo nie wytrzymam! – wykrzyknęła i jednym ruchem dłoni rozpięła zamek kurtki, odsłaniając wielkie, nieco obwisłe piersi. W bladym świetle księżyca sutki wyglądały na niemal czarne, odcinając się ostro od bieli skóry. – Mamusia też takie miała? Pewnie jeszcze niedawno dawała ci cyca, frajerze. Chcesz se pomuldać? No problem, ale to kosztuje.
     Czarno ubrana postać nie potrafiła oderwać wzroku od tej wyzywającej nagości. Usta poruszały się, mamrocząc jakieś słowa, dłoń sama skierowała się do paska spodni. Dziewczyna uśmiechnęła się z zadowoleniem. Nie myślała, że tutaj, na osiedlu, uda jej się złapać klienta. A już była pewna, że będzie musiała dzisiejszą noc spisać na straty.
     – Chodzi lisek koło drogi…
     Drgnęła, usłyszawszy te słowa, wypowiedziane cichym, monotonnym głosem.
     – Jaki lisek? Pogięło cię?
     – Nie ma ręki ani nogi…
     Kobieta mimowolnie cofnęła się o krok. Od dawna pracowała w branży i nauczyła się wyczuwać zagrożenie. Już niejednokrotnie instynkt ostrzegał ją o niebezpieczeństwie, a teraz ten wewnętrzny głos mówił, że powinna jak najszybciej uciec. A nawet nie to, że mówił. On krzyczał.
     – Kogo pasem przyodzieje…
     Nieznajomy człowiek jednym ruchem wyszarpnął pasek ze szlufek spodni i zakręcił nim młynka, a ciężka klamra o centymetry minęła twarz dziewczyny.
     – Kurwa, ty pojebie! – wrzasnęła, zrywając się do biegu.
     Napastnik był szybszy. Pasek znów zawirował, a klamra opadła na głowę uciekającej. Kobieta potknęła się, przyklękła i wówczas dosięgło ją następne uderzenie. I jeszcze jedno, i jeszcze. Upadła, starając się osłonić głowę, lecz ból miażdżonych palców wkrótce stał się nie do zniesienia. Jak przez mgłę słyszała ciche, przypominające zaśpiew słowa człowieka, którego niebacznie wzięła za potencjalnego klienta:
     – Nie masz prawa wyglądać jak mama. Ona była dobra i szlachetna, a ty jesteś zwykłą kurwą. Muszę to zmienić, muszę obronić jej dobre imię…
     Uderzenie klamrą w twarz zabolało tak bardzo, że przez chwilę zmysły nabrały ostrości. Dzięki temu dziewczyna wyraźnie usłyszała następne zdanie:
     – …ten się nawet nie spodzieje.
     Pasek znów zaświszczał, raz, drugi, trzeci. Potworny ból nagle zmalał, skurczył się i odpłynął, i wreszcie nie było już nic.

Czarno odziana postać pochyliła się nad leżącą prostytutką i na widok zmasakrowanej twarzy jej usta wykrzywił grymas złośliwego triumfu. Wyprostowała się, robiąc krok w tył, potem następny. Nagle wzięła zamach i z całej siły kopnęła ciało.
     – Masz, ty kurwo – mruknęła, znów kopiąc leżącą. – Nikt nie będzie kalać imienia mojej matki. Jeśli to się powtórzy, zabiję. Od teraz ja jestem Liskiem i zniszczę wszystkich, którzy staną mi na drodze.
     Sięgnęła do przepastnej kieszeni bluzy, wyjęła małą plastikową zabawkę i rzuciła ją obok ciała, po czym spokojnymi ruchami wsunęła pasek w szlufki spodni i oddaliła się w stronę kiepsko oświetlonej ulicy.

sobota, 24 marca 2018

Czarna książka. Zostać mistrzem - Joanna Krystyna Radosz



Czarna książka. Zostać mistrzem

Wydawnictwo: Inicjatywa Literacka Imperium 

Rok wydania: 2018


 
Czarna książka. Zostać mistrzem” to druga część antologii żużlowej Joanny Krystyny Radosz i zarazem moje czwarte spotkanie ze stworzonym przez autorkę uniwersum.
Nieopublikowane dotychczas „Bezdroża publiczne” i „Szkoła wyprzedzania” nieodwołalnie skradły moje serce. Później pojawiła się możliwość najpierw czytania testowego, a następnie zrecenzowania pierwszej „Czarnej książki” i była to prawdziwa przyjemność. Jak wielka, świadczy o tym fakt, że od listopada zdążyłam już dwukrotnie wrócić do tej książki.
     Bardzo ucieszyła mnie informacja, że „Czarna książka” będzie miała kontynuację, i z niecierpliwością czekałam na tekst, nawet gdyby miała być robocza, najeżona błędami wersja. Wreszcie się doczekałam i mogłam zasiąść do czytelniczej uczty.

Jedenaście opowieści, a w nich znacznie więcej niż jedenaście problemów, z którymi przyszło się borykać doskonale wykreowanym przez autorkę bohaterom.
     Żużlowe uniwersum, egzotyczne dla przeciętnego czytelnika, tak jak w poprzedniej części jest właściwie tylko tłem, na którym rozgrywają się ludzkie losy. Miłość i przyjaźń, niesnaski i kłótnie, poczucie winy i wyrzuty sumienia, śmierć i nadzieja, a wszystko to pokryte czarnym pyłem, wdychanym wraz z zapachem metanolu.
      Najchętniej opisałabym dokładnie każde z jedenastu opowiadań, dzieląc się niezapomnianymi wrażeniami, ale wówczas powstałaby recenzja niewiele krótsza od samej książki. Ograniczę się więc do fragmentów, moim zdaniem najbardziej oddających pisarski kunszt autorki.
     Joanna Radosz jest mistrzynią w przedstawianiu ogromu dramaturgii za pomocą kilku zaledwie słów. 
 
Ale w którymś momencie pachnącą łąkę zastąpiło szpitalne łóżko, a niebo dostrzegałaś już tylko poprzez brudną okienną szybę. ”

Zamiast kwiecistych i bardzo często nużących opisów serwuje nam zwięzłą, niekiedy niemal suchą relację, przez co w dwójnasób zwiększa napięcie, trafiając prosto w serce i duszę. Nawet zwykłe codzienne emocje w jej opowiadaniach nabierają niezwykłego znaczenia, stając się ważne na równi z tymi większymi, bardziej tragicznymi.
     Może właśnie dlatego największe wrażenie zrobiło na mnie opowiadanie mówiące nie o śmierci bliskiej osoby czy o zawiedzionych nadziejach na mistrzowski tytuł, lecz opowieść o kibicach i mediach, i o szantażu emocjonalnym wywieranym przez nich na zawodnikach.

To wy, wy-dziennikarze, wy-kibole, doprowadziliście go na skraj. To wy mu wmówiliście, że musi ryzykować życiem, żeby udowodnić, że nie został mistrzem przez przypadek. To wasza wina.”

Lud żąda igrzysk, więc przedstawienie musi trwać. Ale czy naprawdę takim kosztem? Czy wśród stadionowego gwaru, błysku fleszy i warkotu skręcających w lewo motocykli tak trudno dostrzec w żużlowcach ludzi?
    Autorka bezbłędnie wychwyciła sedno problemu, z którym zmagają się wszyscy sportowcy, i nie tylko oni, lecz wszyscy ci, którzy odnieśli jakiś sukces. Tłuszcza żąda zwycięstw i nie jest ważne, jakim kosztem zostaną osiągnięte. Ci sami, którzy wczoraj nosili na rękach zwycięzcę, licząc, że jakaś część nimbu sławy spadnie i na nich, dziś gotowi są zlinczować przegranego, bo nie spełnił ich oczekiwań i ośmielił się ustąpić pola. A wokół tego wszystkiego kręcą się dziennikarze do tego stopnia zdeterminowani chęcią opisania sensacji, że gdzieś tam po drodze zapomnieli, iż za każdym tematem kryje się człowiek. Żywy, czujący, niejednokrotnie nieszczęśliwy. 

Mało wam, skurwiele, że zabiliście Davey’ego, teraz jeszcze chcecie złamać życie Artiomowi, który znalazł się w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie. Zgnoicie go dla oglądalności i klikalności, bo tylko na tym wam zależy.”

Czarna książka. Zostać mistrzem” to nie tylko żużlowe uniwersum, lecz prawdziwe studium ludzkich charakterów. Każde opowiadanie wzbudza inne emocje, wywołując raz uśmiech, raz łzy, lecz wszystkie jednakowo zapadają głęboko w duszę. Tu nie ma miejsca na obojętność czy nudę. Tu są łzy, jest gniew i radość. Gwarantuję, że jeszcze długo po odłożeniu tej książki, będziecie wracać do niej pamięcią.

 


Za egzemplarz książki dziękuję autorce. 


czwartek, 22 marca 2018

A gdyby tak… - Sylwia Trojanowska



A gdyby tak...

 

Autor: Sylwia Trojanowska



Wydawnictwo: Czwarta strona

Rok wydania: 2018 


 
A gdy się zejdą, raz i drugi,
kobieta po przejściach, mężczyzna z przeszłością,
bardzo się męczą, męczą przez czas długi,
co zrobić, co zrobić z tą miłością.
1

Podczas czytania cały czas tkwiła mi w głowie ta piosenka, postanowiłam więc umieścić jej fragment na początku mojej opowieści o najnowszej książce Sylwii Trojanowskiej.

Zuzanna i Aleksander to właśnie ludzie po przejściach, z przeszłością niebyt szczęśliwą, niosącą bagaż niedobrych wspomnień. Kiedyś już się spotkali. Wiele lat temu połączył ich krótki epizod, w gruncie rzeczy całkiem niewinny, ale rozpalający zmysły do tego stopnia, że nawet upływ czasu nie zatarł go w pamięci. Teraz otrzymali od losu drugą szansę. Ale czy naprawdę jest to szansa, czy tylko przewrotny chichot losu?

Zuzanna jest zdeklarowaną singielką. Po rozwodzie podchodzi do mężczyzn z nieufnością i nie zamierza angażować się w żaden poważny związek. Wmawia sobie, że jedyne, co ją interesuje, to sporadyczne spotkania na niezobowiązujący seks, bez deklaracji czy snucia wspólnych planów.

Grzegorz to jest bezpieczna wymówka dla ciebie, nic więcej. Masz ochotę na seks, to się z nim umawiasz, a jak nie masz, to nawet nie odbierasz od niego telefonu.

Gdy na swej drodze spotyka Aleksandra, jest przerażona. Nie dość, że wróciły wspomnienia tamtych spędzonych wspólnie chwil, to jeszcze okazało się, że wystarczyła zaledwie iskra, by uczucie zapłonęło od nowa. A ona przecież wcale nie planowała pożarów czy fajerwerków, chciała jedynie ledwie tlącego się żaru, który nigdy nie powinien rozgorzeć płomieniem. Co zrobić z tą miłością?

Słowo „miłość” przeraziło ją. Grzmiało w jej głowie niczym najsroższe przekleństwo, którego nikt nie śmiał na głos wymówić. Tak bardzo się przed tym broniła i tak mocno ją teraz czuła w sobie, w każdej, najmniejszej komórce swojego ciała.

Aleksander natomiast nie ma takich dylematów. On doskonale wie, czego chce. Chce Zuzanny i gotów jest zapłacić za to każdą cenę. Nagle przestały interesować go inne kobiety, obrzydły przypadkowe podrywy i dziewczyny na jedną noc. Liczy się tylko ta jedna, z której kiedyś niebacznie zrezygnował.

Jesteś dla mnie najważniejsza. Każdy dzień, każda chwila, każda była dziewczyna przekonują mnie o tym, że chcę być tylko z tobą.

Dla Zuzanny wielkim wsparciem jest Alina. Starszej o dekadę przyjaciółki życie także nie rozpieszczało, ale własne problemy nie pozbawiły jej zdolności współodczuwania, nauczyły za to zrozumienia dla ludzkich słabości.
    Tu niski ukłon w stronę autorki za jej umiejętność przedstawienia przyjaźni bez cukierkowego lukru i wszelkich sztuczności. Postać Aliny i relacje między dwiema kobietami są wykreowane tak naturalnie, że aż żal, że to tylko fikcja literacka i że nie mam szansy na wypicie kawy z Aliną i Zuzką.
   Zdroworozsądkowe podejście Aliny do życia niejednokrotnie pomaga Zuzannie zaprzestać życiowego dryfu, naprowadzając na właściwy kurs.

Jak możesz coś zmienić, zmień to. Jak nie możesz, zaakceptuj albo zakończ.
Nie chcę zakończyć, ja go kocham… Nawet nie wiesz, jak beznadziejnie mocno go kocham, jak małolata, jak szczeniara, która nigdy z facetem nie była.
Więc nie kończ, tylko go zrozum. Usłyszał coś, co zburzyło jego układankę. Jeśli jemu na tobie zależy, poskłada ją na nowo. Daj mu tylko czas. Jeśli to jest coś prawdziwego, znajdziecie rozwiązanie.

Zakończenie książki rozerwało mi serce na pół, nie tego bowiem się spodziewałam, i gdyby nie ostatnie dwa rozdziały, mogłoby dojść do nieszczęścia, gdyż miałam szczery zamiar rozszarpać autorkę na całkiem maluśkie kawałeczki. A byłoby szkoda, ponieważ widzę w niej autorkę prawdziwych bestsellerów.
    Czytałam poprzednie książki Sylwii i pierwsze, co rzuciło mi się w oczy przy lekturze „A gdyby tak…”, to niesamowity progres autorki w doskonaleniu warsztatu. Cykl „Szkoła latania” był dobry i czytało się go świetnie, ale ta książka góruje nad nim pod każdym względem. Lepszy jest nie tylko styl, fabularnie również najnowsza powieść jest dojrzalsza i bardziej dopracowana.
    Sylwia nie bała się poruszyć tu ważkich problemów, takich jak przyjaźń, zdrada, niemożność urodzenia dziecka czy uczucie, które nigdy nie powinno było się pojawić. Wszystkie te ważne i niełatwe kwestie, na których opisach poległo już wielu autorów, poruszone tu zostały w sposób niebanalny, a przy tym naturalny, niesprawiający wrażenia sztucznego rozdmuchiwania kłopotów, co wcale nie jest łatwe przy tworzeniu fabuły. Jako osoba również parająca się pisaniem, wiem coś o tym, tym bardziej więc doceniam kunszt autorki.
    Na uwagę zasługuje również okładka, delikatna i nastrojowa, zachęcająca do odkrywania z kart książki, o czym myśli ta pogrążona w zadumie dziewczyna wsłuchana w zapach białego bzu.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję autorce oraz wydawnictwu Czwarta Strona.




1Czy te oczy mogą kłamać - Agnieszka Osiecka

niedziela, 4 marca 2018

Latawce - Agnieszka Lis

„Latawce” przeczytałam ponad miesiąc temu, lecz nie mogłam od razu napisać o tej książce. Najpierw musiałam ułożyć sobie w głowie te wszystkie myśli, a w sercu wszystkie emocje, których Agnieszka Lis nie szczędzi swoim czytelnikom.

Bohater książki, Grzegorz, jest dla mnie uosobieniem takiego ludzkiego latawca, co popychany ruchami powietrza dryfuje bez celu, bez woli i bez nadziei na jakąkolwiek zmianę. 
To nie jest chłopak z patologicznej rodziny. Ma dom, a nawet dwa domy, gdyż po rozwodzie rodziców bywa to u matki, to u ojca. Rodzice kochają go chcą dla niego jak najlepiej. A jednak czegoś tam zabrakło. Czegoś, co wskazałoby zagubionemu chłopcu sens w życiu, nauczyłoby go, jak ważne jest dawanie. Że samo tylko branie po jakimś czasie wywołuje przesyt i zabija radość.

Kilkakrotnie musiałam odłożyć książkę, żeby uporać się z uczuciami, z których na pierwszy plan wybijała się chęć porządnego potrząśnięcia rodzicami tego dzieciaka, niedostrzegającymi, że poprzez swoje działania tworzą z niego emocjonalnego kalekę.

„Latawce” to piękną książka niosąca mądre przesłanie. Dziękuję Agnieszce Lis i wydawnictwu Czwarta Strona za możliwość jej przeczytania. 




 

sobota, 24 lutego 2018

Prezent od przyjaciela

Prezent od przyjaciela

Daniel kucnął i na czworakach wszedł pod taras, aby wyjąć piłkę, która wpadła tam podczas zabawy. Chwycił ją i już miał się odwrócić do wyjścia, gdy nagle usłyszał jakiś dziwny pisk. Rozejrzał się i przy murze zobaczył dość dużego kurczaka. Kurczak wyglądał dziwnie. Miał rzadkie ciemne piórka, a pomiędzy nimi coś wyglądającego jak jasna sierść. Na głowie nie miał grzebienia, tylko śmieszny czub z długich piór. Najdziwniejsze były jego oczy – wielkie i złociste. Daniel jeszcze nigdy nie widział takiego kurczaka!
Kurczak stał przy stosie starych desek, dawno temu schowanych pod taras. Zahaczył skrzydłem o zagięty gwóźdź wstający z deski i nie umiał się wydostać.
– Zaraz ci pomogę – powiedział chłopiec.
Przeszedł na czworakach jeszcze parę kroków i złapał gwóźdź. Dało się go łatwo przekręcić i po chwili kurczak był wolny.
– No, zmykaj.
Daniel odwrócił się, żeby wyjść spod tarasu, gdy naraz usłyszał głos: „Dziękuję, mały człowieku”. Najdziwniejsze było to, że głos ten usłyszał w swojej głowie i ze zdumienia aż się wyprostował. Trochę za szybko, gdyż uderzył głową o wystającą belkę. Krzyknął z bólu, łapiąc się za obolałe miejsce, w którym już zaczął rosnąć guz.
„Musisz uważać, mały człowieku. Tu jest za nisko dla ciebie”.
Dopiero teraz chłopiec zrozumiał, że to mówi kurczak i pomyślał, że to chyba mu się śni. Bo kurczaki przecież nie mówią.
„Nie jestem żadnym kurczakiem, tylko bazyliszkiem”, usłyszał w głowie oburzony głos, ale w złocistym oku nie było złości.
– Ba… bazyliszkiem? – Daniel ze strachu zaczął się jąkać. – Ale wy… wy zamieniacie ludzi w kamień!
„Tylko wtedy, kiedy nas chcą skrzywdzić, a ty mi pomogłeś. Nie bój się, nie zrobię ci nic złego” – odpowiedział kurczak.
– Przecież bazyliszki żyją tylko w bajkach! – wydukał chłopiec.
„Musiałem stamtąd uciec” – wyjaśnił bazyliszek. – „Ludzie nie dawali mi spokoju, ciągle wysyłali na mnie wiedźminów i innych tępicieli. Jestem już stary i chcę odpocząć od tj ciągłej walki i uciekania.”
Daniel zastanawiał się przez chwilę, w jaki sposób mógłby pomóc nowemu znajomemu.
– Możesz zostać tutaj. Będę ci przynosić jedzenie. A kiedy przyjdzie zima, przeniesiesz się do domu, żeby nie zamarznąć – zaproponował z uśmiechem. – Jak masz na imię?
„Masz dobre serce, mały człowieku. Zostanę z tobą. Ale imię dla mnie musisz sam wymyślić, bo mojego ludzka buzia nie wymówi. Nazywam się Yghrathg” – odpowiedział Bazyli, a Daniel usłyszał w swojej głowie także jego śmiech.
– W takim razie będę cię nazywać Bazyli. Teraz przyniosę ci wodę i okruszki, bo pewnie nie jadłeś obiadu.
Od tamtej pory Bazyli zamieszkał z Danielem i jego rodzicami, którzy wcale nie wiedzieli, że to jest bazyliszek. Myśleli, że jest zwykłym, dziwnie wyglądającym kurczakiem. Chłopiec bał się, że mama będzie chciała zrobić z Bazylego niedzielny rosół, ale ona też polubiła grzecznego ptaka i wyjaśniła, że przyjaciół się nie zjada.
W zimie Bazyli zamieszkał w piwnicy, gdzie obok schowanka na węgiel zrobiono mu gniazdo z maminej spódnicy i swetra taty. Ale kurczak wolał być w pokoju Daniela, bo chłopiec włączał wesołą muzykę i pokazywał nowemu przyjacielowi komputerowe gry. Bazyli nie lubił tylko jednej, bo polowano w niej na bazyliszki.
Pewnego dnia tata Daniela zginął w wypadku samochodowym. Chłopiec i jego mama bardzo rozpaczali, a Bazyli bezradnie patrzył na ich smutek. Niestety nie mógł im pomóc.
Mama Daniela dużo pracowała, żeby zarobić pieniądze na życie. Była ciągle zmęczona i w końcu się rozchorowała. Chorowała długo i rozzłoszczony szef zwolnił ją z pracy. Wtedy się załamała.
– Co ja mam teraz zrobić? – spytała Bazylego, kiedy ten w nocy przyszedł do kuchni, bo usłyszał jej płacz. – Nie mam pieniędzy, a Daniel wyrósł z butów i ubrań. Jego klasa jedzie na wycieczkę, a on nie może, bo nie mam z czego zapłacić. Chyba będę musiała sprzedać ten domek. Tylko gdzie wtedy będziemy mieszkać?
Bazyli nic nie odpowiedział. Siedział i słuchał. Mama Daniela w końcu przestała płakać i poszła spać, a wtedy on zabrał się do pracy.
Rano Daniel i jego mama zobaczyli na stole wielki worek związany sznurkiem. W środku było pełno pieniędzy.
– Skąd się to wzięło? – wykrzyknęła mama.
„To mój prezent dla was ”. – Daniel usłyszał w głowie cichy, słaby głos Bazylego. – „Już nie musicie się martwić o przyszłość. Pomogliście mi, to teraz ja pomogłem wam. To moje pożegnanie. ”
– Jak to? Odchodzisz od nas? Dlaczego? – zapytał Daniel.
„Mówiłem ci, że jestem bardzo stary. Każdy musi kiedyś umrzeć, i moja pora właśnie nadeszła ” – odpowiedział Bazyli.
Nie powiedział chłopcu, że każdy bazyliszek ma moc stworzenia jakiejś rzeczy z niczego, ale może zrobić to tylko raz, bo musi zapłacić za to własnym życiem. Nie chciał, żeby chłopiec miał wyrzuty sumienia. Bazyli był bardzo, bardzo stary, więc wiedział, że prawdziwa przyjaźń jest warta tego, żeby oddać za nią życie.

piątek, 12 stycznia 2018

Na ścieżkach złudzeń - Joanna Sykat

Czasem jest tak, że człowiek czegoś pragnie. Pragnie tak bardzo, że w którymś momencie zaczyna dostosowywać rzeczywistość do swojego wyobrażenia i mimo sygnałów ostrzegawczych, że coś chyba jest nie tak, z uporem wmawia sobie, że jego marzenia się ziściły.
     Kiedyś niestety musi dojść do konfrontacji wyobrażenia z rzeczywistością i wtedy mozolnie wykreowana wizja idealnego życia sypie się jak domek z kart, a wszelkie próby ratowania budowli są z góry skazane na niepowodzenie. Bo nie da się uratować tego, co tak naprawdę nie istnieje, a co gorsza, nie istniało nigdy.

Aldona przez kilka lat stąpała po ścieżkach utkanych ze złudzeń. Perfekcyjna, dobrze sytuowana, przy tym zadbana i atrakcyjna, zwykła oceniać innych poprzez pryzmat swojego idealnego życia. 
    Kochający mąż, wymarzone i ukochane dziecko, dostatek - czy można chcieć więcej? Kiedy na tym wspaniałym obrazie zaczynają pojawiać się skazy, Aldona załatwia problem sposobem stosowanym od zarania dziejów - wmawia sobie, że problem nie istnieje. 
    Niestety problemy mają to do siebie, że nie znikają tylko dlatego, że się o nich nie myśli i prędzej czy później trzeba stanąć z nimi twarzą w twarz. Utrata złudzeń jednych załamuje, innych wpędza w zobojętnienie, a jeszcze innych w gniew. 
    Aldona także musiała w końcu skonfrontować wyobrażenie z rzeczywistością. Ale o tym przeczytajcie sami.


 

wtorek, 9 stycznia 2018

Cykl „Kalina w malinach” Joanny Szarańskiej


Cykl „Kalina w malinach” rozpoczyna książka „i że ci nie odpuszczę”,  zaczynająca się sceną, w której bohaterkę imieniem Kalina w maliny wpuszcza ten jedyny, wybrany i ukochany, nie stawiając się na ceremonię ślubną.
     Niedoszła panna młoda postanawia wyleczyć złamane serce i chorą duszę, pławiąc się w luksusach, jednakże na miejscu okazuje się, że odwiedzony przez nią ośrodek SPA tylko nieznacznie różni się od tego z dowcipu:
Czy to nie miał być domek SPA?
– Przecież jest. Z papy.
    Niestety warunki bytowe, drastycznie odbiegające od zachwalanych w voucherze, to jeszcze nie koniec kłopotów Kaliny.

W drugiej części cyklu, noszącej tytuł „Kocha, lubi, szpieguje”, Kalina znów pojawia się w ośrodku SPA w Kamionkach, tym razem już nie na wypoczynek, lecz by złożyć podrzucone jej dziecko w ramiona lekkomyślnej matki.
    Ale Kalina nie byłaby sobą, gdyby natychmiast nie przyciągnęła do siebie całej fury problemów, z podejrzeniem o morderstwo włącznie. Chcąc oczyścić się z zarzutów, przeprowadza własne śledztwo, w którym pomaga jej pewien niegrzeszący czystością przyjaciel. Z kolei nowy ukochany wprawdzie jest czysty, ale za to mniej godzien zaufania.

Podobno nic dwa razy się nie zdarza, ale reguła ta absolutnie nie dotyczy Kaliny, która powinna mieć na czole wytatuowany napis „lep na kłopoty ”. 
    W trzeciej części cyklu („Nic dwa razy się nie zdarzy”) bohaterka po raz drugi staje przed ołtarzem. I ponownie wychodzi z kościoła jako panna, bo przecież sama ze sobą ślubu nie weźmie. 
    Tym razem jednak, zamiast wpaść w depresję, Kalina wyrusza na poszukiwanie narzeczonego, ufając, że tylko jakiś wypadek mógł spowodować ten „brak stawiennictwa”, jak zwykło się to określać w policyjnych protokołach. Wkrótce odnajduje ukochanego, niestety tam, gdzie nigdy nie spodziewałaby się go spotkać.

Nigdy nie zdarza mi się płakać ze wzruszenia, ale przy tych książkach płakałam. Ze śmiechu.
   Absurdalne sytuacje, w które Joanna Szarańska wplątywała swoją bohaterkę, wywoływały tak dzikie ataki śmiechu, że omal nie zostałam wyproszona z poczekalni u lekarza, gdzie oczekujący zwykli licytować się, kto jest „chorszy” i kto cierpi na bardziej nietypową dolegliwość. Osoba lekceważąca tę światłą dyskusję poprzez bezczelne i ostentacyjne czytanie, w dodatku śmiejąca się w głos, powinna siedzieć w poczekalni do psychiatry. 
    Taką opinię udało mi się usłyszeć i muszę przyznać, że pogodnie i bez cienia pretensji się z nią zgadzam, a wszystkich lubiących zdrowo się pośmiać serdecznie  zapraszam do lektury.



piątek, 5 stycznia 2018

O kurde czyli Księga wysp ostatnich Anny Klejzerowicz

Piątą randkę z Emilem Żądło zaliczam do niezwykle udanych. Uwielbiam książki,  w których historia splata się ze współczesnością, a współczesność ze zbrodnią, a po powieści należące do cyklu z Emilem Żądło sięgam w ciemno. Wiem, że Anna Klejzerowicz zapewni mi bezsenną noc lub dzień bez obiadu.
     Tak było i teraz - wzięłam „Księgę wysp ostatnich” do ręki i odłożyłam, dopiero gdy przeczytałam ostatnią stronę.

Tym razem autorka sięgnęła bardzo daleko w głąb historii. Udałam się więc do Aleksandrii,  a potem wraz z greckim odkrywcą pożeglowałam na północ, docierając aż do zimnego, skutego lodem morza. Czy to możliwe, że dopłynęliśmy do Bałtyku?
     Jednocześnie usiłowałam wraz z Emilem Żądło rozwikłać zagadkę śmierci bibliofila i wścibskiej pani fotograf i niestety muszę przyznać, że na tym polu całkowicie poległam.

Anna Klejzerowicz kompletnie mnie zaskoczyła. Nie spodziewałam się takiego rozwiązania i po przeczytaniu długo jeszcze wpatrywałam się w książkę, a jedyny przychodzący mi do głowy komentarz nie był zbyt wyrafinowany. Brzmiał: „O kurde!"  

 

wtorek, 2 stycznia 2018

Abel i Kain - Katarzyna Kwiatkowska

Druga część cyklu z Janem Morawskim w roli głównej nie rozczarowała. Lubię takie kryminały w stylu angielskim, gdzie akcja snuje się wolno, stopniowo odsłaniając przed czytelnikiem namiętności kłębiące się pod przykryciem utkanym z pozorów i kłamstw.
     Już w pierwszej części cyklu (Zbrodnia w błękicie) Katarzyna Kwiatkowska pokazała, że potrafi stworzyć fabułę, w której nic nie jest oczywiste, a druga część to potwierdza. Podejrzani są właściwie wszyscy, a gdy już miałam pewność, że znam tożsamość sprawcy, nagły zwrot akcji obracał wniwecz całą mozolnie skonstruowaną teorię.
     Akcja nie galopuje i nawet nie biegnie. Toczy się leniwie na wzór życia w starym dworku i jest to wielka zaleta książki, która nie opowiada przecież o czasach współczesnych. Kiedyś życie było spokojniejsze, nie miało tak oszałamiającego tempa jak obecnie i autorka świetnie to oddała. 
     Jestem zachwycona sposobem, w jaki Katarzyna Kwiatkowska przedstawiła ówczesne życie, a że temu życiu towarzyszy zbrodnia, moja dusza kryminalistki została w pełni usatysfakcjonowana.
     Serdecznie polecam wszystkim miłośnikom kryminału retro.


sobota, 30 grudnia 2017

Popielata

Za miesiąc premiera czwartej części cyklu „W Trójkącie Beskidzkim”, a ja cały czas poświęcam na pisanie części piątej, która prawdopodobnie będzie jednocześnie częścią ostatnią.
Powieść nosi roboczy tytuł „Popielata” i jak jej poprzedniczki, jest kryminałem z wątkami obyczajowymi.

 
Reflektory wyłowiły coś z ciemności i mgły, i kierowca zwolnił jeszcze bardziej, a chwilę później zatrzymał samochód. Wysiedli i równocześnie ruszyli w tamtym kierunku. Po kilku krokach nie mieli już wątpliwości, że zgłoszenie nie było głupim dowcipem – na środku ulicy leżał człowiek, a przy nim klęczała jakaś pochylona postać. Na odgłos kroków wyprostowała się gwałtownie, robiąc ruch, jakby chciała wstać, lecz chyba zabrakło jej sił, gdyż z powrotem opadła na kolana i tylko wyciągnęła ręce w stronę nadchodzących. Powiał wiatr, rozganiając mleczny kokon i policjanci ujrzeli dwie dłonie czerwone od krwi. Następny podmuch wiatru i znów wszystko zniknęło. Została tylko mgła.
     Robert pstryknął włącznikiem latarki, kierując strumień jasnego światła w miejsce, gdzie przed chwilą poruszały się skrwawione dłonie. Były tam nadal, wraz z właścicielką o zasłaniających połowę twarzy włosach w niedającym się zidentyfikować kolorze. Oślepiona świecącą prosto w oczy latarką, kobieta zasłoniła twarz rękami, nie zważając, że rozmazuje krew po policzkach.
      – Myślałam najpierw, że on jeszcze… że trzeba pomóc… ale on już…
    Nie czekając na koniec tej nieskładnej chaotycznej wypowiedzi, Mirek ujął ją za ramię i pomógł wstać. W tym czasie Robert zadzwonił po fachowe wsparcie, po czym, sprawdziwszy puls leżącego, pokręcił głową.
      – To pani do nas dzwoniła?
     Spojrzał na kobietę, którą kolega usiłował odciągnąć od zwłok. Zamiast odpowiedzieć, zdecydowanym ruchem wyszarpnęła ramię z uścisku.
     – A panowie to kto? – spytała niespodziewanie pewnym głosem, bez śladu poprzedniej drżącej niepewności. – Dzwoniłam po pomoc na policję, a nie do nocnego klubu.
     Zanim zdążyli zareagować, z mgły wyłonił się policyjny patrol z latarkami w lewych dłoniach. Na widok malowniczej grupy złożonej z trzech żywych osób i jednego trupa, prawe dłonie nadchodzących jednakowym ruchem skierowały się w stronę broni.
     – Nie wygłupiajcie się – zawołał Robert, uprzedzając reakcję nowo przybyłych. – Swoich nie poznajecie?
      – Co tak długo? – równo z nim sarknął Mirek. – Mieliście tu być przed nami i zabezpieczyć teren. A tak… – Machnął ręką, wskazując kobietę usiłującą wytrzeć dłonie chusteczką higieniczną. W efekcie tych zabiegów krwawe smugi poznaczyły już nie tylko dłonie i policzki, lecz także torebkę i przód jasnej, zbyt lekkiej jak na tę porę roku kurtki. – Niech pani to zostawi! – warknął w jej stronę. – Pani dłonie są teraz materiałem dowodowym!
     – I co, ma pan zamiar mi je odciąć i oddać do badań? – odwarknęła, zdumiewająco mało przejęta faktem, że ma na sobie krew zabitego człowieka. – Nie wiem, kim pan jest, więc nie mam zamiaru z panem rozmawiać, a tym bardziej pozwalać, żeby pan mi rozkazywał! – Ostentacyjnie odwróciła się doń plecami, patrząc w stronę wylotu ulicy, gdzie pojawiły się światła nadjeżdżającego samochodu.
     Mężczyzna zaklął, nie próbując nawet ściszyć głosu. Przewidywał, że za chwile usłyszy od niej sakramentalne „nagrywam to”, tudzież kilka słów oceniających poziom inteligencji policjantów, i wszystko się w nim zagotowało. Zacisnął szczęki, nie chcąc dawać pretekstu do następnego złośliwego komentarza. Poczekał na gramolącego się z auta technika, któremu zaraz po powitaniu wskazał dziewczynę. Po pobraniu z kobiecych dłoni próbek krwi Ostaniec znów na nią spojrzał. Teraz, gdy mogła już wytrzeć krew, wcale się do tego nie paliła. Stała ze skulonymi ramionami, wstrząsana co chwilę dreszczami czy to chłodu, czy zgrozy.
     – Daj kluczyki, zabiorę ją do radiowozu – mruknął do Roberta. – Zimno tu jak fiks, a i bez tego cała się trzęsie w tym wypinku. – Wskazał krótką, sięgającą zaledwie do pasa kurtkę kobiety.
     – Zabrać to sobie pan może drugie śniadanie do pracy. Mnie może pan co najwyżej grzecznie poprosić, żebym poszła! – Ujęła się pod boki jak przekupka, dołączając tym ruchem kolejne krwawe ślady do kolekcji już istniejących. – Ale to i tak nic nie da, bo nie mam zamiaru nigdzie z panem chodzić!
     – Słuchaj, paniusiu! – Mirkowi w końcu puściły nerwy. – Twoje zamiary nikogo tu nie interesują. Znaleźliśmy cię nad ciałem zabitego faceta, w dodatku masz jego krew na rękach. Dosłownie, a być może także w przenośni. Więc przestań mi tu pieprzyc o zamiarach, tylko ruszaj do radiowozu, albo zaprowadzę cię tam w kajdankach i jeszcze dołożę zarzut o utrudnianiu w wykonywaniu czynności.
     Podeszła bliżej i spojrzała mu w twarz, jakby chciała sprawdzić, czy mówił to poważnie. Oględziny musiały wypaść dosyć jednoznacznie, gdyż już bez dalszych sprzeciwów pozwoliła się poprowadzić w stronę radiowozu, za którym zdążyły się ustawić dwa następne. Tu mgła była jeszcze gęstsza, a chłód dotkliwszy i otwierając drzwi samochodu, Ostaniec nagle zmienił plany. Zadzwonił do Roberta, informując o nowych zamiarach. Rozmawiali przez chwilę, ustalając, co który z nich powinien wykonać, wreszcie Mirek wsiadł do radiowozu, dając znak kobiecie, by również to uczyniła. Mimo jego wcześniejszego polecenia by zajęła miejsce w aucie, ciągle stała przy drzwiach, przysłuchując się rozmowie.





 

piątek, 8 grudnia 2017

Smaki życia - Anita Scharmach

„Smaki życia” to kontynuacja powieści „Zaraz wracam”, wróciłam zatem do bohaterów jak do dobrych, wypróbowanych przyjaciół i delektowałam się smakiem lektury.

Anita Scharmach ma niesamowity talent do wzbudzania w czytelniku wszelkich pozytywnych uczuć. Powinna promować się hasłem „nadzieja to moje drugie imię”. 
     Podobnie jak dwie poprzednie, jej trzecia książka niesie w sobie tak ogromny ładunek dobrych emocji, że powinna być przepisywana na receptę wszystkim cierpiącym na permanentnego „doła”. Każda kartka tej książki tchnie radością życia, i choć bohaterowie nie zawsze mają „z górki”, nie są bezwolnymi ofiarami działania losu. Z uporem walczą o swoje szczęście, nie przyjmując do wiadomości możliwości poniesienia porażki. 
   To cenna wskazówka dla tych wszystkim, którym brak wiary w siebie. Jeśli z góry zakładamy klęskę, przegramy na pewno, jeśli natomiast przegrywamy po ciężkiej walce, ta porażka ma zupełnie inny smak. Nie ma w niej goryczy i gniewu, jest za to satysfakcja, że nie daliśmy się łatwo pokonać.
    Marta, bohaterka „Smaków życia”, jest wojowniczką. Walczy z przeciwnościami losu, z własnymi ograniczeniami, z traumą sprzed lat, ciągle determinującą jej „dzisiaj”. Czasami przegrywa, ale to tylko przydaje jej siły do następnego starcia z życiem, codziennie przynoszącym nowe, nie zawsze miłe niespodzianki. Całą sobą wyzywająco oznajmia światu, że „może wszystko”, i za to właśnie ją pokochałam.



wtorek, 5 grudnia 2017

W szponach szaleństwa - Agnieszka Lingas-Łoniewska

„W szponach szaleństwa" to książka, po którą koniecznie musiałam sięgnąć. Przede wszystkim dlatego, że kryminał to mój ulubiony gatunek powieści, ale również z powodu ciągłego natykania się na oceny tej książki.
   „To już było”, „przewidywalna”, „nic nowego nie wymyśliła”, czytałam w opiniach i zastanawiałam się, czego właściwie te osoby oczekiwały. Od czasów powstania dzieł Szekspira, a wcześniej Biblii, ciężko jest wymyślić całkiem nową intrygę, a sposoby zadania człowiekowi śmierci są jednak nieco ograniczone i chyba każdy jeden został już w literaturze wykorzystany. Podobnie rzecz się ma z motywami zbrodni.   

Zachęcona (a nie zniechęcona, co zapewne było zamysłem opiniotwórców) w ten oryginalny sposób, wzięłam do ręki książkę… i odłożyłam dopiero po przeczytaniu. Już samo to świadczy o jej jakości, gdyż zazwyczaj nie jestem aż takim maniakiem, żeby siedzieć do południa w piżamie, głodna, a co więcej, bez kawy.
    Za to mogę teraz z czystym sumieniem napisać, że „W szponach szaleństwa” jest świetnym thrillerem, a dopracowana w każdym szczególe fabuła zadowoli najwybredniejszego miłośnika tego gatunku.